Pogłębia się. Niestety. Mimo usilnych prób, ciężko jest coś poradzić, coś znaleźć, a szary człowiek jest bezradny wobec otaczającej jednorodności. Niestety, po półtora roku walk, małych zwycięstw i wielu porażek trzeba przyznać otwarcie: w tym kraju nie ma co jeść. No bo ileż można jechać na papierowych kanapkach z supermarketów – M&S i Waitros – bo takie mam w okolicy? Choć na pierwszy kęs wydają się być całkiem niezłe, to po miesiącu okazuje się, że co by nie kupić smakuje tak samo. A wybór nie jest wcale mały – od tych z szynka lub kurczakiem, przez jajka z rzeżuchą, tuńczyka z kukurydzą, łososia z serem białym, a na nadzieniu z groszkiem i awokado kończąc. Wszystko plastikowe. Smaku dodaje śmietana, majonez, czasem musztarda.
Po kanapkach z M&S przyszedł czas na kanapki z domu, znaczy z Tesco poniekąd. No i znów – chleb, jakiejkolwiek by gimnastyki nie uskuteczniać przy zakupie i tak ostatecznie okazuje się lepszy do uszczelniania okien niż jedzenia. Czasem zdarza się bochenek tostowego, który jest świeży (no w każdym razie miękki) i nie pleśnieje przez tydzień. Jakoś się go grzyb nie trzyma. Nie lubi? A do kanapek – nieśmiertelne parówki, frankurterki się nazywają i są chyba na jakiejś licencji niemieckiej. Nie wiem co do nich dodają, ale nigdy się nie nudzą. Do tego szynka suszona, również godna pochwały. Ponad to – niewiele na dłuższa metę, ser – tylko cheddar, inne wędliny smakują jednakowo, dżemów nie jadam, pasztetów nie uświadczysz (są jakieś mazidła, ale średniej jakości), kiełbaski lepiej omijać szerokim lukiem.
Po czasie kanapek spróbowałem susi. Drogo. Ale niezłe, może dla tego, że to nie angielskie a w M&S i Waitrosie pracują imigranci z Azji. Tak czy inaczej to bardziej przerywnik, za drogo żeby żywić się na co dzien. Znalazłem też, jakiś czas temu fast-bar z kanapkami (sic, znowu), ale innymi niż supermarketowe. Duże, ciemne bułki od Bułgara lub Węgra z rożnymi nadzieniami – od warzyw przez tuńczyka z kukurydza do kurczaków w sosach pomidorowych. Plus był taki, że jedna buła wielkości małego bochenka chleba (ale z mniejsza zawartością pieczywa w pieczywie) starcza na cały dzień. No i wytrzymałem jakieś 2 tygodnie.
Nie wspomniałem jeszcze o ważnym ogniwie żywieniowym jakim są sałatki. Ale nie takie puste, zdrowe z salaty i pomidora tylko pełne, męskie z makaronem, kurczakiem, śmietaną i majonezem. Dają rade przez miesiąc, potem trzeba odstawić. Na dzień dzisiejszy mój lunch wygląda mniej więcej tak samo każdego dnia – wycieczka do Waitrosa (jak się zapomnę to M&S wcześniej), bieg miedzy półkami, żeby się upewnić że nic nowego się nie pojawiło, czasem zakup bananów, a potem do kawiarenki na rogu po ziemniaka / ryż z jakimś sosem. Nadzienia się zmieniają codziennie i zawsze jest coś nowego, wiec może uda się jeść tam trochę dłużej. Zobaczymy.
Na koniec oprzędzając pytanie – czy nie można miksować tych posiłków, jednego dnia sałatka, później kanapki, potem coś ciepłego a w piątki susi – powiem – może można. Może trzeba było zacząć tak od początku. Jednak dla mnie teraz jest za późno, na jedzenie z supermarketu nie mogę już patrzeć, buły z nadzieniem się znudziły zupełnie (chyba zmienił się właściciel tego miejsca, fajki wodne tam są teraz), a kanapek w domu nie mam czasu ani chęci robić. Szczególnie, że koszty są zbliżone do jedzenia na mieście.
Aha, próbowałem tez Subwaya – Sub of the Day. Ciepła, duża buła z mięskiem (czasem rybką), serem (mam podstawy sądzić, że to cheddar) + tyle warzyw ile się zmieści i sos. Staram się nie nadużywać, żeby się nie znudziło za szybko, nie częściej niż raz w tygodniu, a lepiej raz na dwa tygodnie. No i żeby nie było, że tylko narzekam, są tu dobre potrawy. Burgery z pubów/restauracji są niezłe, ryba z frytkami bywa wpożo, pasztet pieczarkowy, żarcie włoskie, arabskie, indyjskie w restauracjach i do mikrofali. Ale to nie na drugie śniadanie, czy lunch w biurze niestety.